I jak tu nie być zdziwionym i wdzięcznym!

Po trzech tygodniach nie mogę wyjść z oszołomienia. Proszę wyobrazić sobie taką kosmiczną sytuację - w pewnych dramatycznych okolicznościach, przez całą niemal Warszawę, w deszczu, pędzę samochodem (z kierowcą), łamiąc wszystkie przepisy. Do umierającej osoby.

Jeden z warszawskich szpitali. SOR. Tradycyjna szpitalna bieganina, ale co do zasady - pełna profeska. W sutannie (bo jak państwo zauważyli ostatnio, nawet w telewizji pokazuję się w sutannie) i z olejami świętymi w kieszeni wchodzimy (tzn. córka umierającej kobiety i ja) do chorej.

Trwa dramatyczna walka o życie Pani Wandy. Lekarze mówią, że szanse są minimalne. Przygotowujemy rodzinę na to, co ostateczne. Razem z córką pochylamy się do ucha chorej. Córka mówi: Kocham Cię, Mamo. Jestem przy Tobie.

Ja jak zwykle w takich sytuacjach przedstawiam się grzecznie. Mówię, że będę udzielał namaszczenia chorych, proszę, by Pani Wanda żałowała za grzechy (wiem i wierzę, że umierający, pomimo tego, że nie mają prawa słyszeć, to jednak czują). Wychodzimy, by nie stwarzać dodatkowego zamieszania.

Skąd się bierze to moje oszołomienie? Po trzech tygodniach dzwoni do mnie córka Pani Wandy, z którą przez cały czas byłem w kontakcie, towarzysząc jej Mamie przy wszystkich przeprowadzkach pomiędzy oddziałami, i opowiada, że jednymi z pierwszych słów jej Mamy po wybudzeniu i rozintubowaniu było: Bardzo podziękuj księdzu Kaczkowskiemu...

Medycznie to nie miało prawa się zdarzyć, ponieważ chorzy w stanie krytycznym wprowadzani są w stan głębokiej sedacji, tzn. śpiączki terapeutycznej, i wedle współczesnej wiedzy neurologicznej mają zupełnie zniesioną świadomość (uważajmy, co mówimy przy tak zwanych nieprzytomnych).

I jak tu nie być zdziwionym i wdzięcznym? A może wypłynie z tego też inne dobro?

Miałem w ostatnich dniach także konkretny bonus z bycia onkocelebrytą. W Trójkowej audycji pt. Godzina prawdy powiedziałem z uśmiechem, że życzę jak najlepiej polskiemu rządowi, gdyż wyznaczam sobie daty przeżycia od inwestycji do inwestycji.

Pendolino już dożyłem. Następny etap to możliwość przejechania Pomorską Koleją Metropolitalną z Gdańska na lotnisko. W dzień wigilii odwiedził mnie w hospicjum prezes PKM i wręczył osobiste zaproszenie na pierwszy kurs. Na wypasie! Z lokomotywą parową i starymi wagonami. To ujmujące.

Wigilia spędzona w gronie pacjentów ze świadomością, że to najprawdopodobniej ich, a może i moja ostatnia. Na rodzinnej wieczerzy jak zwykle ciepło i z miłością. Trzymam gębę. Trochę ze zmęczenia, a trochę, by ukryć wzruszenie. Przyszłość jednak niepewna...

Nie przeszkadza to jednak w tym, że mój kalendarz z kazaniami wypełniony jest do końca kwietnia (czas rozliczenia 1%). Głosiłem już w Warszawie, teraz piszę z Zielonej Góry, za tydzień Wrocław, potem Sosnowiec itd. itd. Ten "zabójczy" kalendarz można śledzić na fanpage'u hospicjum.

W ostatni czwartek dwa wielkie sukcesy. Kupno działki pod rozbudowę hospicjum oraz dopuszczenie do pracy na stanowisku "prezes hospicjum" przez lekarza orzecznika ważne do 15 stycznia 2017.

No trudno, muszę dożyć! Taki los, służbie zdrowia jak papieżowi - się nie odmawia.


OD REDAKCJI
Jeśli chcesz wspomóc działalność prowadzonego przez księdza Jana Puckiego Hospicjum, możesz:
Przekazać 1% podatku
Przekazać darowiznę
Zostać wolontariuszem
Trwa ładowanie komentarzy...